Doświadczenia

Jak zaczęliśmy?

Jeszcze jakiś czas przed powstaniem Abba Youth, w naszej wspólnocie powstało kilka inicjatyw dla młodzieży. Przyznam, że wtedy nie do końca byłem nimi zainteresowany. Młodzież nie była moją ulubiona grupą wiekową – prawdę mówiąc bałem się jej. Zapewne było to spowodowane moimi wspomnieniami ze szkoły (nie byłem nielubiany, ale nie do końca odnajdywałem się w sposobie, w jaki funkcjonowała większość osób). Dodatkowym czynnikiem było, jeszcze nie do końca ugruntowane w Bogu, niewielkie poczucie własnej wartości.

 

Jak Bóg nas przekonał do Youtha

Nie pomagało mi również wyobrażenie o tym, jaka powinna być osoba pracująca z młodzieżą. W moich oczach musiał być to ktoś zawsze tryskający humorem, energią, nad wyraz komunikatywny, potrafiący rozbawić, zapalić etc. Hmm nie byłem taką osobą… jestem introwertykiem, czas lubię spędzać sam, nie lubię hałasu i zamieszania. Poznawanie nowych osób nie jest zajęciem, do którego się garnę. Podczas kursów do bierzmowania nie zgłosiłem się do poprowadzenia małej grupy, pomagając jedynie w rzeczach technicznych.

Patrząc jednak na nastolatków odzywał się we mnie jakiś dziwny rodzaj miłości do nich, współczucia, że nie słyszeli o Jezusie, zainteresowania tym, żeby mogli Go poznać.

Skracając historię – przełomem był fragment z Księgi Ezechiela o zagubionych owcach, na który trafiłem podczas jednej z modlitw. Był koniec roku 2009, Aga była w połowie ciąży i zastanawialiśmy się, czy to na pewno czas. Po kilku tygodniach uznaliśmy wspólnie, że jest to Słowo, które mówi Bóg i na które razem z Agą chcemy odpowiedzieć. W międzyczasie miałem sen, w którym Bóg pokazał mi konkretną osobę z kursu do bierzmowania, która stoi trzymając Biblię i opowiada innym, siedzącym przed nią nastolatkom, o Jezusie. Bóg uruchomił różne kanały, by nas przekonać 🙂

Miejscem, w którym mogliśmy ogłosić o nowych spotkaniach, był właśnie kurs do bierzmowania (a propos – Aga w przeciwieństwie do mnie prowadziła jedną z grup). Wiedzieliśmy o jednej, być może dwóch osobach, które byłyby zainteresowane…

W sumie jedyne, czego byliśmy pewni odnośnie tych spotkań, to że chcemy mówić o życiu z Bogiem na 100%. Dlatego, że życie z Bogiem na 99% zwyczajnie nie działa, a kto by chciał mówić o czymś co nie działa 😉 Chcieliśmy również mówić o Bogu wprost, nie kryjąc się z tym, dlaczego zapraszamy na te spotkania i co będzie ich tematem. Ogłosiliśmy i rozpoczęliśmy przygotowania!

 

[Od Agi: Podczas poprzedniej inicjatywy dla młodzieży w Abbie doszliśmy do trudnego momentu, gdy Ci, którzy ją założyli, nagle odeszli ze wspólnoty. Dowiedzieliśmy się o tym na kilka dni przed planowanym spotkaniem. Nie mieliśmy dużo czasu, aby wymyślić, co powiemy tym nastolatkom, aby nie czuli się porzuceni. To nie było łatwe spotkanie. Ale postanowiliśmy mówić o nas, o Abbie, o tym, że my chcemy budować to miejsce jako swój dom i że chcemy, żeby czuli się tu bezpieczni. Zapytaliśmy ich później, co ich tu zatrzymało. Odpowiedź jednego chłopaka nadal siedzi w mojej głowie. Powiedział, że pierwszy raz miał poczucie, że ktoś dorosły naprawdę chce wiedzieć, co on myśli i słucha jego odpowiedzi. Stąd ogromnie nam zależało, żeby Youth był miejscem, gdzie głosimy Ewangelię ale też słuchamy i troszczymy się o tych nastolatków jakby byli częścią naszej rodziny.]

 

Pierwszym wyzwaniem była sala

Chcieliśmy przygotować miejsce, które będzie przytulne, czyste i w miarę młodzieżowe. Nie mieliśmy za dużo funduszy, ale jednocześnie nie chcieliśmy, aby nasza sala wyglądała jak większość typowych sal parafialnych, gdzie meble wiodą swoje trzecie życie (albo i czwarte – oczekujcie wpisu w tym temacie! ). To co mogliśmy – kupiliśmy, a to, czego nie mogliśmy kupić, postaraliśmy się zdobyć używane i nieco odnowić. Przykładowo mieliśmy kilka używanych i niestety dość zniszczonych foteli. Do pomocy w ich pomalowaniu zaprosiliśmy kilku nastolatków z kursu. Kupiliśmy tkaninę w Ikei, a jedna z mam uszyła nam z niej nowe  pokrowce na siedziska i oparcia fotela. Podobnymi metodami wykonaliśmy resztę sali. Nie była to może jeszcze nasza wymarzona przestrzeń, jednak na początek była w zupełności wystarczająca (w końcu wiecie, szykowały się spotkania dla 2-3 osób 😉 ).

Mieliśmy też poczucie, że tym, co może zatrzymać młodzież na tych spotkaniach, jest i tak tylko Bóg. Konkurencja ze światem pod względem formy, wystroju, wybitnej muzyki, rozrywki i tak nie ma sensu. Świat będzie miał na to zawsze więcej pieniędzy. Bo coś, co dla nas jest środkiem, dla świata często jest celem. Obserwowaliśmy też, że inicjatywy oparte na wymienionych rzeczach, może i przyciągają nastolatków na pewien czas, ale zazwyczaj nie prowadzą do poddanej relacji z Bogiem i głębszego nawrócenia w późniejszym czasie.

Niemniej jednak zależało nam, aby nastolatek wchodzący do naszej sali, był raczej mile zaskoczony jej wyglądem niż aby myślał: no tak … chrześcijańskie czyli marne, szare i tanie. Takie było wcześniej nasze doświadczenie. Teraz chcieliśmy królewskiej jakości, choć na miarę naszych możliwości finansowych.

 

No to kiedy?

Oprócz sali, jedną z pierwszych decyzji jaką musieliśmy podjąć był dzień spotkań. Wybraliśmy piątek. Zdawaliśmy sobie sprawę, że wchodzimy wtedy w jawną konkurencję z imprezami towarzyskimi, domówkami, urodzinami znajomych etc. Uznaliśmy jednak, że i tak w życiu każdego ucznia Jezusa, prędzej czy później pojawia się moment decyzji, co jest dla nas priorytetem.

 

„Pierwsze razy”

Na pierwsze spotkanie przyszły 3 lub 4 osoby. Po przywitaniu rozpoczęliśmy modlitwę, potem nauczanie, na końcu mieliśmy część relacyjną, polegającą na poczęstunku, rozmowie i grze w piłkarzyki. Podobnie wyglądały następne spotkania, a każde trwało około dwie godziny. Salę przygotowywałem wychodząc w ciągu dnia w przerwie od pracy. Ustawiałem rzutnik, laptopa, sprzątałem, włączałem grzejnik aby, kiedy przyjdziemy wieczorem, było ciepło. Nauczania i modlitwę prowadziliśmy przez pierwszy rok sami z doraźną pomocą osób ze wspólnoty. Podczas uwielbienia Aga grała na gitarze dopóki… jeden z nastolatków przychodzących na spotkania nauczył się czterech chwytów! Co z ulga. Potem co tydzień padało radosne pytanie: to co dziś gramy? Odpowiedź była oczywista „O! Co za dzień”. Przez kilka miesięcy uwielbialiśmy tą samą piosenką. A uwielbienie dzięki temu było… z pewnością radosne 😉 Co ciekawe – najwyraźniej Bogu to nie przeszkadzało, bo czuliśmy Jego obecność.

 

No to o czym?

Jeśli chodzi o tematy w pierwszym roku, to na różne sposoby wyjaśnialiśmy podstawy i głosiliśmy Ewangelię. Chcieliśmy aby, niezależnie od tytułu nauczania, ktoś kto przychodzi po raz pierwszy na spotkanie mógł usłyszeć o grzechu, miłości Boga, Jezusie i potrzebie osobistego nawrócenia. Podczas przygotowywania nauczań skupiliśmy się na używaniu prostego i niekościelnego języka, zrozumiałego dla typowego nastolatka (lub, jeśli nie dało się czegoś ominąć, to wyjaśnialiśmy dokładnie znaczenie). Bo, co tak naprawdę dla osoby niezwiązanej z kościołem znaczy na przykład określenie, że „Jezus poniósł nasze grzechy na krzyż” ? 😉 Staraliśmy się również wykorzystywać jakiś rekwizyt mogący zobrazować treść nauczania. Powyższych założeń staramy się trzymać do dziś. A co nie wychodziło na początku? W moim przypadku czas nauczań.. bywało że dochodził do półtorej godziny – a oni słuchali! Do dziś jest to dla mnie dowodem, że nastolatek może być zdeterminowany do poznawania Boga!!

Poniżej zdjęcie z jednego z pierwszych spotkań,  kiedy mówiliśmy o tym, że Bóg zaprasza nas przede wszystkim do relacji z Nim a nie do religii, i kiedy obłożyliśmy Agatę mnóstwem wiedzy, formuł, praw i zasad 🙂

PS Dla zainteresowanych polecamy również wcześniejszy wpis o podstawowych założeniach naszej służby 🙂

 

Krzysiek